Tomasz Lis – Pieprzyć Pesel, 08.03.2026

 

Dziś tekst w dużej mierze o sobie. Felieton jako gatunek całkowicie to akceptuje, a nawet lubi. Ja staram się tego nie nadużywać uznając, że są tematy i wątki znacznie ciekawsze, ale raz na jakiś czas dlaczego nie.

Impuls jest dość prosty- właśnie przeskakuje mi w wieku (XD) cyferka z przodu. Generalnie swoje urodziny zawsze obchodziłem z daleka, uznając, że ani to powód do celebrowania ani do żałoby, ani do radości, ani do nadmiernego smutku, ot dzień jak co dzień. Tym razem naszły mnie jednak pewne refleksje związane z upływem czasu i uznałem, że zamiast zawracać Wam głowę Trumpem, Nawrockim, Tuskiem, Kaczyńskim czy Hołownią, podzielę się nimi.

W chyba najbardziej znanej i lubianej przez ludzi jego piosence Marek Grechuta śpiewa, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy i kilka tych chwil, na które czekamy. Sądzę, że w sumie optymistyczne przesłanie piosenki jest jednym z powodów jej popularności. Mam jednak nasilające się z biegiem czasu przekonanie i poczucie, że z biegiem dni coraz ważniejsze są te dni, które doskonale znamy i pamiętamy. Nie przyszłość, ale właśnie przeszłość jest dla nas coraz ważniejsza. Tym bardziej, że spojrzenie na pesel i prosty rachunek biologiczny jasno, szczególnie w pewnym wieku, wskazują, że zdecydowana większość naszego życia to jednak przeszłość. Dobrze jest z optymizmem patrzeć w przyszłość, wierząc, że za zakrętem też jest cos fajnego. Ale ja z coraz większym sentymentem i nostalgią patrzę na czas, o którym Grechuta śpiewał „ tyle było dni do utraty sił, do utraty tchu, tyle było chwil”. Nie ma co odstawiać prywatnego „w poszukiwaniu straconego czasu”, ale powspominać nie zaszkodzi.

„6” z przodu to powód pewnego komfortu. Oczywiście nie w wypadku choroby, kiedy jak każdy mężczyzna mam poczucie, nawet jeśli to zwykle przeziębienie, że śmierć jest tuż, tuż. Ale jednak, generalnie, co miałem zrobić to już zrobiłem, czego nie zrobiłem tego już raczej nie zrobię, więc można wrzucić na luz. Jeszcze raz czy dwa chciałbym ostro zagrać o jakaś dużą stawkę, jak w mojej ulubionej piosence śpiewał Kaczmarski: ”po grani, po grani, nad przepaścią, bez łańcuchów, bez wahania”, ale raczej chciałbym kontemplować nadchodzący czas, do czego kawałek łąki, widok jeziora czy morza, dobra książka, Bach czy świetny mecz ligi mistrzów wystarczają całkowicie.

Na początku mijającej właśnie mojej ostatniej dziesięciolatki miałem obsesję ścigania się z czasem i powstrzymywania go, jakbym grał o nieśmiertelność. Uznawałem, że jeśli kilka razy w roku mogę pobiec maraton, za każdym razem szybciej niż poprzednio, to ten upływ czasu mogę na serio powstrzymać. Było to oczywiście aktem arogancji, próżności i pychy, za który bardzo słone rachunki wystawiły mi i serce i mózg. Z kosą kilka razy minąłem się dosłownie cudem, o czym doskonali lekarze nie omieszkali mi powiedzieć. Jazda po bandzie bywa atrakcyjna, ale miejscówka na cmentarzu, jazda dwuśladami na siedząco czy przywiązanie do łóżka jednak już zdecydowanie mniej.

„Czas nas uczy pogody” śpiewała pięknie tekst Jacka Cygana Grażyna Łobaszewska. Jednych uczy, innych nie, jednych szybciej, innych wolniej. Tak od lat. Wokół mam kilka przykładów pozytywnych. Taki mój ojciec za chwilę z przodu będzie miał „9” i daje chłop radę, a z taką AI czy internetem daje sobie radę nie gorzej niż jego wnuczki, tak że o żadnym wykluczeniu cyfrowym mowy nie ma. Jeśli już to co najwyżej o narciarskim, co przyjmuje z pewnym smutkiem. Do tego czas nauczył go pogody tak skutecznie, że ma jej w sobie więcej niż ja kiedykolwiek. Cholera wie czy to kwestia osobnicza czy zaprawione w bojach z wojną, komuną, biedą i niedostatkiem pokolenie naszych ojców i dziadków po prostu ma mniejszą niż my potrzebę roztkliwiania się nad sobą i ulegania różnym chandrom i depresjom. „Nie głaskało mnie życie po głowie, nie pijałem ptasiego mleka, no i dobrze, no i na zdrowie, tak wyrasta się na człowieka”- jak pisał Broniewski, który rzeczywiście zdecydowanie bardziej niż ptasie mleko wolał wódkę.

Nie mam w sobie tego naturalnego optymizmu i tej naturalnej radości, które kazałyby mi podpisać się odruchowo pod „uparcie i skrycie, och życie kocham Cię nad życie”, nawet jeśli piosenkę tę bardzo lubię. Raz to życie lubię, a nawet kocham, a często, chyba częściej w sumie lubię je średnio lub mniej. Moja mama zawsze mówiła, że mam szczęście ale i mam w sobie smutek, którego zapewne nie pozbędę się nigdy. I chyba i co do jednego i drugiego miała rację. Czy ten smutek to skłonność do melancholii czy jakieś inne biesy, nie wiem. Może kiedyś się dowiem, a może i nie. Biorę to jednak z dobrodziejstwem inwentarza. Dostałem to w pakiecie razem ze wszystkim innym i trzeba z tym żyć. Tyle. Po prostu.

Życie to w jakimś sensie nieodwracalny proces żegnania się ze złudzeniami. Ale i to należy przyjmować bez histerii jako cześć tej gry zwanej życiem.

Nie ma więc co nadmiernie kombinować i dzielić włosa na czworo. Trzeba ten mecz po prostu w miarę możliwości z godnością dograć do końca, w miarę możliwości z pogodą ducha przyjmując coraz częstsze upadki, niepowodzenia, niespełnienia, zniechęcenia i rozczarowania. Może zresztą jeszcze raz czy dwa życie nas pozytywnie zaskoczy. Bo ono jest tak dziwnym stworem, że pasowałyby do do niego sparafrazowane słowa Antoniego Słonimskiego o Polsce, które chętnie powtarzał Stefan Kisielewskiego o Polsce:” to tak dziwny kraj, że możliwe jest w nim wszystko, nawet zmiany na lepsze”.
O Stefanie i jego życiowych i politycznych mądrościach często rozmyślam w knajpie zwanej nomen omen Rozdroże, do której on niemal co dzień wpadał na wódkę, a ja co jakiś czas wracając z wieczornego spaceru z psem wpadam na doskonały tatar popijany whisky. Takie drobne przyjemności w moich okolicach stolicy, które to przyjemności (i okolice) lubię szalenie. Takie moje epicentrum.
To co z tym peselem? Jest jaki jest. Inny nie będzie. Pieprzyć to. Mazel tov.

Felieton Tomasza Lisa >>>


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz