O tym, jak słoweńska okładka punktuje świat, w którym wartości przegrywają z kalkulatorem
Grafika: Tomato Košir dla „Objektiv” (Dnevnik), wydanie z 10.01.2026 r.
Czasami jeden obraz mówi więcej niż tysiąc analiz eksperckich, a słoweński „Objektiv” właśnie to udowodnił. Ich okładka z 10 stycznia 2026r. – ta z twarzą Donalda Trumpa naznaczoną czarną mazią układającą się w symbol, którego Europa boi się najbardziej – to nie jest zwykła publicystyka. To wizualny „środkowy palec” wymierzony w polityków, których redakcja uważa za realne zagrożenie dla demokracji.
Warto zrozumieć kontekst: to pismo ma długą historię bardzo ostrych, wręcz bezczelnych okładek. Dla nich grafika nie jest ilustracją tekstu – to osobny, wizualny manifest wymierzony prosto w system. To krzyk buntu przeciwko rzeczywistości, w której cynizm staje się nową cnotą kardynalną. Ale ten bunt nie bierze się z próżni. On jest echem narastającego szeptu, który słychać dziś wszędzie: od kawiarni w Lublanie i Warszawie, aż po domy w Ohio czy Pensylwanii.
Bo czy to jest ta Ameryka, o której marzyliśmy? Przez dekady przyzwyczailiśmy się do pewnego porządku. Ameryka, z całym swoim bagażem błędów, była dla nas depozytariuszem wartości demokratycznych. Wierzyliśmy, że u szczytu potęgi stoi mocarstwo, dla którego wolność i sojusze są czymś więcej niż tylko rubryką w Excelu. Dzisiaj ten romantyczny rozdział właśnie się zamyka, a my zostajemy z pustką. Czy sami Amerykanie marzyli o takiej Ameryce? O kraju, który zamiast inspirować świat, zaczyna go szantażować cennikiem usług bezpieczeństwa? Trudno uwierzyć, że to jest ten „wymarzony sojusznik” zza oceanu, na którego czekali nasi ojcowie.
Na scenę wszedł biznesmen. Człowiek, który zamiast konstytucji woli bilans zysków i strat. Problem polega na tym, że kiedy wartości zastępuje się kalkulatorem, tracą na tym wszyscy, poza tym, który trzyma go w ręku. Kiedy prezydent największego mocarstwa świata zaczyna traktować sojusze jak subskrypcje, które można anulować, gdy przestają się opłacać, to sygnał ostrzegawczy dla samej idei wolnego świata. W świecie, w którym wszystko jest na sprzedaż, nic nie jest już święte – ani traktaty, ani dane słowo, ani wspólna historia.
Ten populizm, który tak mocno piętnuje słoweńskie pismo, karmi się prostymi odpowiedziami, ale zostawia nas z poczuciem głębokiego osamotnienia. Obiecuje „interes Ameryki”, ale czy rzeczywiście o niego chodzi? Prawdziwy interes narodu to stabilność i wiarygodność. Tymczasem dzisiejsza polityka transakcyjna to gra o sumie zerowej. Tu nie ma partnerstwa, jest tylko dominacja silniejszego nad słabszym, mierzona ceną baryłki ropy lub wysokością cła. Mam nieodparte wrażenie, że w tym wszystkim nie chodzi już ani o interes Europy, ani świata, ani Polski, ani – paradoksalnie – nawet samych Amerykanów. Chodzi o marżę.
Dla nas, w Europie Środkowej, to moment brutalnego przebudzenia. Przez lata żyliśmy pod parasolem, który wydawał się niezniszczalny, bo był rozpięty na fundamencie wspólnych idei. Dziś ten fundament kruszeje pod ciężarem egoizmu. Słoweński bunt, wyrażony bezkompromisową kreską Tomato Košira, to głos małego narodu, który doskonale rozumie, że kiedy mocarstwa zaczynają „liczyć”, małe kraje stają się jedynie walutą w tej wymianie.
Nie chodzi o to, by naśladować narrację „Objektivu” w skali jeden do jednego. Chodzi o to, by zrozumieć ich gniew – i nasz własny zawód. To gniew ludzi, którzy widzą, że świat staje się miejscem mniej bezpiecznym, gdy największy gracz rezygnuje z roli strażnika wartości na rzecz roli bezwzględnego negocjatora. Europa musi w końcu dorosnąć. Musimy przestać pytać, co Waszyngton zrobi dla nas, i zacząć pytać, co my zrobimy bez niego, skoro wspólne marzenia o wolności zastąpiono arkuszem kalkulacyjnym.
Można uznać okładkę słoweńskiego pisma za brutalną czy wręcz bezczelną. Ale czy świat, w którym lojalność ma swoją cenę, a zasady są przedmiotem targów, nie jest jeszcze bardziej brutalny? Słoweńcy pokazali nam to, czego wielu polityków boi się powiedzieć głośno: czas dyplomatycznych uprzejmości się skończył. Teraz zaczyna się walka o to, byśmy w tym nowym, wielkim rachunku zysków i strat nie stali się jedynie pozycją przeznaczoną do wykreślenia.
Ode mnie:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz