MARIONETKI W MASKACH HISTORII… (z blogu myDemokracja_online autorstwa L4RIO), 09.01.2026


MARIONETKI W MASKACH HISTORII…

Przeczytaj ten tekst, zanim algorytm uzna go za błąd systemu. O brudnym romansie literatury z prezydenturą Nawrockiego i narodzie, który zapomniał, jak upada się z godnością.

L4RIO 

Jan 8

 

Jest trzecia rano, godzina wilka, w której według statystyk najczęściej umierają ludzie i rodzą się najgorsze kłamstwa. W Warszawie 2026 roku nie ma już jednak ciszy; jest tylko błękitny, trupi blask smartfonów, w których mielimy naszą zbiorową paranoję. Jakub Żulczyk w swojej powieści Kandydat nie stworzył fikcji literackiej – on sporządził inwentarz naszych narodowych lęków, a potem zamknął nas w nich na klucz. Dziś, patrząc na usztywnioną sylwetkę prezydenta Karola Nawrockiego i słuchając echa historycznych dzwonów, trudno odpędzić myśl, że ktoś tu realizuje scenariusz napisany brudnym markerem na marginesie politycznego thrillera. Bo w świecie, gdzie „pustka w środku” jest najbardziej pożądaną cechą lidera, przestajemy pytać, kto rządzi państwem. Zaczynamy pytać, kto tak naprawdę trzyma pióro, którym dopisywane są kolejne rozdziały naszej dusznej, polskiej nocy.

Fabryka Manekinów

U Żulczyka proces lepienia polityka przypomina seans spirytystyczny przeprowadzony w sterylnym laboratorium marketingu. Autor rzuca nam w twarz brutalną prawdę: „Współczesna polityka to nie jest sztuka rządzenia. To sztuka zarządzania nienawiścią i miłością ludzi, którzy nigdy cię nie spotkają”. I tu pojawia się nasz punkt styku z rzeczywistością.

Kiedy patrzymy na Karola Nawrockiego, widzimy postać wyciętą z najlepszej jakości historycznego płótna. Głos ma głęboki, gesty opanowane, a każde słowo o “honorze” i “ojczyźnie” zdaje się ważyć tonę. Ale czy w świecie Kandydata nie byłoby to uznane za idealny kamuflaż? Żulczyk pisze o „pustej twarzy”, na której naród może wyświetlić swoje dowolne pragnienia. Jeśli boisz się o przyszłość – on da ci dumę z przeszłości. Jeśli czujesz się mały – on zbuduje ci wielki pomnik z dykty.

Analogia parzy w palce: prezydentura w 2026 roku staje się ostatecznym produktem Netflixa, gdzie scenariusz piszą algorytmy badające, ile razy w ciągu minuty Polak musi usłyszeć słowo „niepodległość”, żeby zapomnieć o cenie chleba. „Prawdziwa władza” – cytując Jakuba – „to ta, której nie widzisz, bo jest ukryta za najjaśniejszym reflektorem”. Nawrocki jest tym reflektorem. Oślepia nas blaskiem sztandarów, podczas gdy w cieniu, dokładnie tak jak w powieści, tryby maszyny mielą naszą prywatność, nasze lęki i nasze portfele.

Nie szukamy tu teorii spiskowych. Szukamy prawdy o człowieku, który stał się Urzędem. Bo kiedy człowiek znika pod warstwą protokołu i historycznej misji, zostaje tylko to, co Żulczyk opisał najdosadniej: „Garnitur, który sam chodzi. Głos, który sam mówi. I oczy, które przestały mrugać, bo wiedzą, że każda sekunda słabości to koniec transmisji”.

Suweren w klatce z luster

Żulczyk nie bierze jeńców, gdy pisze o nas. „Wyborca to nie jest człowiek, to zestaw danych, który chce poczuć się lepszy od sąsiada, nie robiąc nic, poza postawieniem krzyżyka”. I to jest ten moment, w którym felieton musi przestać być analizą polityczną, a stać się oskarżeniem.

W 2026 roku Polska pod rządami Nawrockiego stała się wielkim, duszny pokojem przesłuchań, w którym sami pełnimy rolę strażników. Jesteśmy jak bohaterowie Kandydata – uwięzieni w pętli „godziny wilka”, gdzie każda informacja jest bronią, a każdy odmienny pogląd – zdradą stanu. Żulczyk wali prosto w splot słoneczny: „Nienawiść to najtańsze paliwo rakietowe świata. Spala się szybko, ale niesie wysoko”.

I my na tym paliwie lecimy. Patrzymy w stronę Pałacu, gdzie Karol Nawrocki z namaszczeniem celebruje kolejne rocznice, a w tym samym czasie w naszych domach, pod niebieskim światłem ruterów, odbywa się cicha wojna domowa o to, kto jest „bardziej polski”. Stało się dokładnie to, przed czym ostrzegał Jakub: zostaliśmy zredukowani do roli kibiców w meczu, w którym obie drużyny grają do tej samej bramki – bramki totalnej kontroli nad naszymi emocjami.

„Największym kłamstwem demokracji jest to, że masz wybór. Masz tylko menu, które ktoś inny wydrukował”. Czy rok 2026 to nie jest właśnie to „menu”? Z jednej strony historyczny patos i dzwony, z drugiej – cyfrowe kajdany i algorytmy, które wiedzą, co kupisz, zanim o tym pomyślisz. Nawrocki nie jest przyczyną tego stanu, on jest jego najdoskonalszym symptomem. Jest estetycznym plastrem naklejonym na gnijącą ranę społecznego zaufania.

Siedzimy więc w tych swoich cyfrowych okopach, cytując wielkie słowa, podczas gdy rzeczywistość za oknem staje się coraz bardziej „żulczykowa” – brutalna, cyniczna i pozbawiona złudzeń. Prawdziwy dramat nie rozgrywa się na mównicy sejmowej czy w gabinecie prezydenta. On rozgrywa się w naszych głowach, kiedy orientujemy się, że – zupełnie jak w finale Kandydata – nikt nie przyjdzie nas uratować, bo sami wyrzuciliśmy klucze do wyjścia, myląc wolność z prawem do głośniejszego krzyku.

Polska jako sen z którego nie chcesz się obudzić

Zamykamy teczkę z napisem „Polska 2026”. Co tam zostaje? Tylko popiół z cygar wypalonych za kulisami i echo mazurka granego na zdartym winylu. Żulczyk pisał: „Prawda jest jak słońce – nie możesz na nią patrzeć zbyt długo, bo oślepniesz. Więc wszyscy wolimy patrzeć w błoto”. I to błoto jest dzisiaj naszym wspólnym mianownikiem.

Nie miejmy złudzeń. Karol Nawrocki w Pałacu to nie jest nowa era. To tylko kolejna warstwa lakieru na trumnie, w której pochowaliśmy resztki obywatelskiej naiwności. Jesteśmy w świecie Kandydata, gdzie każdy „dzień dobry” jest formą agresji, a każda obietnica prezydencka to tylko linijka kodu w systemie, który ma nas utrzymać w stanie uśpienia. Żulczyk wiedział to już rok temu, my dowiadujemy się tego dzisiaj, odbierając powiadomienia o kolejnych „sukcesach”, które karmią wyłącznie nasze ego, nigdy żołądki.

W ostatniej scenie tej narodowej paranoi nie będzie oklasków. Będzie tylko cisza, którą przerywa szum wentylatorów w serwerowniach, gdzie algorytmy już teraz mielą dane Twojego dziecka, by wiedzieć, na kogo zagłosuje w 2040. Bo władza w 2026 roku nie chce Twojej krwi – krew jest brudna i robi bałagan. Władza chce Twojego czasu, Twojej uwagi i Twojego strachu. Chce, żebyś – dokładnie jak bohaterowie Jakuba – gonił własny ogon w dusznej nocy wyborczej, która nigdy się nie kończy.

„Najgorsze w byciu marionetką nie jest to, że ktoś pociąga za sznurki” – wali na koniec Żulczyk. „Najgorsze jest to, że kiedy sznurki zostaną odcięte, nie potrafisz już nawet upaść z godnością. Po prostu rozpadasz się na kawałki dykty”.

I z tym Cię zostawiam, Polsko. Z prezydentem-symbolem, z książką, która stała się proroczym wyrokiem i z poczuciem, że w tej grze nikt nie wygrał. Bo kiedy kończysz czytać Kandydata, nie chcesz iść na barykady. Chcesz tylko umyć ręce. Problem w tym, że w 2026 roku w kranach płynie już tylko ta sama, lepka od kłamstwa ciecz, którą pijemy co rano do śniadania, udając, że to szampan.

Kurtyna. Nie ma bisów.

z blogu myDemokracja_online >>>



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz