Klub Miliarda Dolarów, czyli globalne Pay-to-Win (L4RIO_ButterflyEffect), 25.01.2026
Klub Miliarda Dolarów, czyli globalne Pay-to-Win…
Czy Trump właśnie sprywatyzował pokój na świecie?
Jeśli myśleliście, że dyplomacja to nudne debaty w dusznych salach ONZ i protokolarne uściski dłoni, to 22 stycznia 2026 roku w Davos oficjalnie zostaliście wyprowadzeni z błędu. Donald Trump właśnie wywrócił stolik, na którym stały zakurzone karafki z wodą, i postawił na nim terminal płatniczy. Powstała Rada Pokoju (Board of Peace), a świat wstrzymał oddech, widząc, jak geopolityka zamienia się w model subskrypcyjny typu premium. To nie jest kolejny sojusz; to brutalne uderzenie w fundamenty wszystkiego, co znaliśmy od 1945 roku. Trump w swoim stylu uznał, że ONZ jest „niepomocna”, przestarzała i – co gorsza – darmowa. Jego nowa zabawka ma być inna: skuteczna, bo płatna, i lojalna, bo oparta na osobistym układzie z szefem.
Lista dwudziestu krajów, która lotem błyskawicy obiegła sieć, to nie jest zwykły spis sojuszników. To zestawienie udziałowców nowej, globalnej korporacji zajmującej się zarządzaniem kryzysowym. Spójrzcie na tę „piaskownicę”. Mamy tu bliskowschodnich gigantów – Arabię Saudyjską, ZEA, Katar – którzy wnoszą miliardowe wpisowe bez mrugnięcia okiem, bo dla nich stabilność w Gazie to nie kwestia praw człowieka, ale czysty biznes i bezpieczeństwo szlaków handlowych. Mamy argentyńskiego radykała Javiera Mileia i Viktora Orbána, którzy wchodzą do gry, by pokazać Brukseli środkowy palec i udowodnić, że „nowy świat” należy do silnych liderów, a nie do unijnych komisarzy. Są tam kraje takie jak Kazachstan czy Uzbekistan, które w cieniu Rosji i Chin szukają amerykańskiego „ubezpieczenia”, oraz państwa jak Kosowo czy Armenia, dla których obecność w tym elitarnym klubie to jedyna droga do przetrwania na mapie. Każdy z nich ma swój partykularny interes, a Trump sprawnie je wszystkie spiął jedną klamrą: lojalność za miliard.
Dlaczego jednak Zachód – ten „stary”, dumny i demokratyczny – stoi pod drzwiami i kręci nosem? Niemcy odmówiły niemal natychmiast, nazywając projekt „idiotyzmem”, który rozbija jedność Europy. Dla Berlina i Paryża Rada Pokoju to nic innego jak haracz. Emmanuel Macron postrzega to jako próbę szantażu – Trump wprost grozi 200-procentowymi cłami na francuskie wina i niemieckie samochody, jeśli te kraje nie kupią „biletu wstępu”. Sceptycyzm Zachodu wynika z lęku przed totalną marginalizacją ONZ. Organizacja Narodów Zjednoczonych, z jej procedurami i prawem weta, przeszkadza Trumpowi, bo jest wolna i nieprzewidywalna. On chce Rady, w której to on decyduje, kto siedzi przy stole, i gdzie nie trzeba pytać o zdanie państw, które „nic nie wnoszą”. To ma być dyplomacja bez hamulców, gdzie pokój jest wynikiem transakcji, a nie rezolucji.
W samym środku tego cyklonu stoi prezydent Nawrocki, postać, którą Trump w Davos publicznie namaścił na swojego ulubieńca. „Jestem z niego dumny” – te słowa to dla polskiej dyplomacji potężny kapitał, ale i pułapka. Nawrocki flirtuje z Trumpem, widząc w tym szansę na uczynienie z Polski głównego gracza w Europie, swego rodzaju „wiceprzewodniczącego” tej nowej piaskownicy. Ale czy to będzie ukoronowanie polskiej polityki, czy kosztowny mezalians? Rząd w Warszawie, na czele z Donaldem Tuskiem, patrzy na to z przerażeniem. Widzą miliard dolarów składki, której nie ma w budżecie, i widzą gniew Brukseli, dla której Polska w Radzie Pokoju byłaby „koniem trojańskim” Trumpa w sercu Unii. Nawrocki gra o najwyższą stawkę, próbując tłumaczyć Trumpowi polskie zawiłości konstytucyjne, ale w świecie Donalda liczy się tylko jedno: show me the money. Jeśli nie zapłacimy, nasz flirt może skończyć się równie szybko, jak się zaczął.
Największym jednak skandalem i dowodem na bezczelność tej nowej architektury jest stosunek do Ukrainy. Podczas gdy ukraińskie miasta wciąż drżą od rosyjskich bomb, Trump wysyła zaproszenia do Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki. Zapraszanie agresora do „Rady Pokoju” to policzek dla Wołodymyra Zełenskiego, który wprost mówi, że nie wyobraża sobie zasiadania przy jednym stole z mordercami swojego narodu. Trump jednak nie liczy się z uczuciami; dla niego Putin to „rozmówca”, którego trzeba wciągnąć w układ, by „zamknąć temat” wojny w 24 godziny. Ukraina w tej wizji nie jest podmiotem, ale elementem transakcji, który być może trzeba będzie poświęcić na ołtarzu „wielkiego dealu”. Fakt, że Białoruś jako pierwsza w Europie zgłosiła akces do Rady, pokazuje, jak bardzo ta inicjatywa może stać się klubem dla autokratów i dyktatorów, którzy za miliard dolarów (być może pożyczony od Kremla) kupują sobie legitymację na salonach.
Czy ta piaskownica przetrwa? Czy miliard dolarów od Saudów i Kazachów kupi spokój w Strefie Gazy? Prawdopodobnie nie. Ale nie o to w tym chodzi. Chodzi o pokazanie, kto rozdaje karty. Świat właśnie podzielił się na tych, którzy płacą za miejsce przy stole, i na tych, którzy z bezpiecznego dystansu będą pisać oświadczenia o „głębokim zaniepokojeniu”, popijając szampana, który za chwilę może stać się towarem luksusowym nie do sprowadzenia.
Polska licytuje bardzo wysoko. Pytanie tylko, czy przy tym stole faktycznie da się wygrać, czy ostatecznie to kasyno zawsze wygrywa, a my zostaniemy z rachunkiem, którego nie ma kto zapłacić?
Jedno jest pewne: czeka nas czas wielkiej próby. Świat właśnie podzielił się na tych, którzy wierzą w zasady, i na tych, którzy wierzą w czeki. W piaskownicy Trumpa zasady ustala ten, kto ma najwięcej zabawek. Czy staniemy się filarem nowego porządku, czy jedynie pożytecznym idiotą w globalnym teatrze jednego aktora? Pokój, który można kupić za miliard dolarów, rzadko bywa trwały, a rachunki za takie eksperymenty zawsze wystawiane są krwią tych, których na ten bilet nie było stać.
Na końcu tego wszystkiego, między miliardowymi przelewami a uściskami dłoni z dyktatorami, pozostaje nam tylko jedno pytanie: czy to, co widzimy, to nowa rzeczywistość, czy tylko starannie wyreżyserowany sen, z którego obudzimy się z potężnym geopolitycznym kacem? Trump wprawił świat w ruch jak bączek w „Incepcji”. Wszyscy patrzą na wirującą Radę Pokoju, zahipnotyzowani tempem zmian i bezczelnością stawek. Niektórzy wierzą, że ten ruch stworzy nową stabilność, inni czekają, aż zabawka się zachwieje i upadnie, grzebiąc pod sobą resztki powojennego ładu.
Dlatego do tego tekstu dołączam grafikę totemu. W świecie, gdzie zaprasza się agresorów do stołu negocjacyjnego, a pokój kupuje się jak subskrypcję w aplikacji, łatwo stracić kontakt z ziemią. Łatwo uwierzyć, że teatr w Davos to jedyna droga, a cynizm to jedyna waluta. Ja jednak trzymam swój totem blisko. Wiem, jak znaleźć drogę powrotną, gdyby ten polityczny sen stał się zbyt gęsty. Wiem, co jest rzeczywistością, a co jedynie spektaklem maskującym brak zasad. I to samo zalecam Wam. Patrzcie na bączka, ale nie dajcie się zahipnotyzować. Bo w tej piaskownicy, kiedy bączek w końcu przestanie się kręcić, okaże się, że jedyną rzeczą, której nie da się kupić za miliard dolarów, jest prawda o tym, kim staliśmy się po drodze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz