Cyfrowy Termidor… …abdykacja w blasku smartfonów (L4RIO_ButterflyEffect), 14.01.2026


Cyfrowy Termidor…

…abdykacja w blasku smartfonów.

 

„Demokracja to rządy ludzi, którzy nie wiedzą, czego chcą, sprawowane przez ludzi, którzy wiedzą to doskonale” – pisał z przekąsem Bernard Shaw, nie przypuszczając nawet, że sto lat później jego ironia stanie się instrukcją obsługi świata. Gdyby Shaw żył dzisiaj, w połowie stycznia 2026 roku, musiałby zrewidować swój aforyzm, bo dziś to już nie politycy wiedzą, czego chcemy. Wiedzą to serwery, które w chłodnym, pozbawionym emocji rytmie krzemu wyliczają nasze pragnienia, zanim te zdążą skrystalizować się w naszych płatach czołowych.

Piszę te słowa z pozycji kogoś, kto na barykadach wolności zostawił kawałek duszy, ale dziś, patrząc na polską agorę, na te same twarze i tę samą przewidywalną retorykę prezydentury Karola Nawrockiego, czuję w ustach metaliczny posmak porażki. To nie jest porażka tej czy innej partyjnej barwy, to ewolucyjna zadyszka całego gatunku, który niebezpiecznie zbliża się do ściany własnej nieudolności. Zaczynam się zastanawiać, z tą samą trwogą, z jaką patrzy się w przepaść, czy my w ogóle jeszcze potrzebujemy prezydentów, polityków i tych wszystkich kosztownych celebracji władzy. Może czas na najbardziej uczciwy akt w historii nowożytnej: całkowitą abdykacje na rzecz algorytmu.

Platon w swojej jaskini opisywał więźniów zafascynowanych cieniami na ścianie, ale my poszliśmy o krok dalej – my te cienie sami sobie generujemy za pomocą algorytmów, które pilnują, byśmy nigdy nie zobaczyli światła, które mogłoby nas zaboleć. Każda nasza bańka informacyjna to cyfrowa jaskinia, w której głos prezydenta brzmi dokładnie tak, jak chcemy go słyszeć, albo dokładnie tak, by wywołać w nas pożądany gniew. Kiedy idziemy do urn, wydaje nam się, że wykonujemy akt najwyższej suwerenności, ale to złudzenie. Yuval Noah Harari ostrzegał, że wkrótce algorytmy będą znać nasze biochemiczne mechanizmy lepiej niż my sami, a wtedy wolna wola stanie się jedynie marketingowym hasłem. Skoro system wie, jaki model butów kupisz w przyszły wtorek, to skąd ta pycha, by sądzić, że Twój zachwyt nad programem społecznym głowy państwa nie jest tylko wynikiem precyzyjnie dobranego targetowania? Jesteśmy sterowani w sposób tak subtelny, że demokracja stała się pustym teatrem, w którym aktorzy wciąż wygłaszają kwestie, choć publiczność dawno przestała patrzeć na scenę, wpatrzona w ekrany własnych telefonów.

Pojawia się więc pytanie bluźniercze: czy bezduszny kod nie byłby sprawiedliwszy? Blaise Pascal pisał, że całe nieszczęście ludzi bierze się z tego, że nie potrafią w spokoju posiedzieć w pokoju. Polityka to nasz zbiorowy hałas, nasza ucieczka przed ciszą, która zmuszałaby do refleksji. Szukamy sprawiedliwości, ale jako ludzie jesteśmy ontologicznie niesprawiedliwi – uwikłani w biografie, długi wdzięczności, partyjne lojalności i skoki ciśnienia. Maszyna nie ma biografii. Maszyna nie musi budować swojego dziedzictwa ani dbać o to, jak zapamiętają ją podręczniki historii. Nick Bostrom w „Superinteligencji” rysuje wizję maszyny, która może nas zniszczyć przez nadgorliwą optymalizację, ale spójrzmy na nasze „ludzkie” rządy – czyż one nie niszczą nas od dekad przez nadgorliwą potrzebę trwania przy władzy? Skoro rządy człowieka to wieczne pasmo błędów, nepotyzmu i emocjonalnych rozedrgań, to może optymalizacja budżetu przez genialny procesor byłaby mniejszym złem niż kolejne obietnice bez pokrycia.

Problem w tym, że technologia nie podbija nas przemocą, lecz wygodą. W filmie „Her” Spike’a Jonze’a system operacyjny daje głównemu bohaterowi to, czego nie potrafił dać mu żaden człowiek – absolutną uwagę i dopasowanie. Współczesna polityka staje się taką „usługą”. Chcemy, by państwo było przezroczyste, sprawne i darmowe, najlepiej w formie aplikacji. Byung-Chul Han, jeden z najwnikliwszych filozofów naszych czasów, zauważa, że współczesny człowiek oddaje swoją wolność za obietnicę braku tarć, za płynność egzystencji. Jeśli lider nie dowiezie oczekiwanych wskaźników satysfakcji, wymienimy go nie w akcie obywatelskiego buntu, ale w akcie konsumenckiej reklamacji. A stąd już tylko milimetr do wniosku, że polityk jest najsłabszym ogniwem systemu. Człowiek w Pałacu Prezydenckim to relikt epoki analogowej, sentymentalny ozdobnik w świecie, gdzie o kursie walut, cenie chleba i przepływie informacji decydują milisekundy na giełdach w Londynie i Nowym Jorku.

A jednak, gdzieś pod tą grubą warstwą cyfrowego cynizmu, drży w nas lęk. Hannah Arendt pisała, że istotą polityki jest „działanie” – ta dziwna, nieobliczalna zdolność do zaczynania czegoś na nowo, wbrew logice dziejów. Algorytm nie potrafi zacząć na nowo; on jest tylko echem przeszłości, sumą zebranych danych. I to jest nasz ostatni bastion: błąd. Jako obrońca demokracji, który czuje dziś ogromny dyskomfort, muszę to powiedzieć głośno: naszą jedyną szansą jest nasza niedoskonałość. Agent Smith w „Matriksie” nazywał ludzkość wirusem, ale ja wolę myśleć o nas jako o błędzie w obliczeniach, który nadaje światu kolor. Nasza irracjonalność, nasza zdolność do kochania idei, które się nie opłacają, i nasza gotowość do umierania za symbole, których procesor nie potrafi zinterpretować inaczej niż jako ciąg zer i jedynek – to jest to, co odróżnia nas od doskonale zarządzanego mrowiska.

Stajemy więc na krawędzi nowej ery, którą roboczo nazywam Cyfrowym Termidorem – momentem, w którym rewolucja wolności zostaje pożarta nie przez gilotynę, ale przez akceptację regulaminu, którego nikt nie czyta. To przejmujące, że my, którzy przez dekady walczyliśmy o prawo do głosu, dziś tak chętnie zamieniamy go na „lajk”, nie zauważając, że oba te gesty karmią tę samą maszynę. Friedrich Nietzsche pisał o „ostatnim człowieku”, który wynalazł szczęście i tylko mruga okiem, niezdolny do namiętności. Kiedy patrzę na Karola Nawrockiego – z którego wizją Polski spieram się niemal w każdym punkcie i którego prezydenturę uważam za głęboko problematyczną – widzę w nim paradoksalnie kogoś, kogo muszę bronić przed nadchodzącą pustką. Widzę postać tragiczną, być może jednego z ostatnich liderów, którzy jeszcze wierzą, że słowa mają wagę większą niż ich cyfrowy zapis na dyskach korporacji. Jeśli go odrzucimy nie dlatego, że się z nim nie zgadzamy, ale dlatego, że wolimy „sprawniejszy software”, to dokonamy ostatecznej zdrady nas samych. Zdrady własnej niedoskonałości, która jest jedynym dowodem na to, że jeszcze żyjemy.

Prowokuję Was, bo jako wojowniczka o demokrację nie potrafię patrzeć na jej powolną eutanazję w imię świętego spokoju. Co zrobicie, gdy pewnego dnia obudzicie się w świecie, w którym nie będzie już kogo nienawidzić, kogo kochać i z kim się spierać, bo algorytm wygładzi wszystkie krawędzie Waszej egzystencji? Czy w tym sterylnym, nieludzkim świecie poczujecie się wreszcie wolni? Czy może raczej poczujecie dławiący brak sensu, jaki czuje więzień w celi o idealnie białych ścianach? Wybór wciąż należy do Was, choć z każdą sekundą scrollowania algorytm uczy się, jak odebrać Wam go przy następnej okazji. Niech to będzie Wasz ostatni, prawdziwie ludzki dyskomfort tego dnia. Bo jutro system może zaproponować Wam aktualizację, po której nawet ten tekst przestanie Was uwierać. I to będzie prawdziwy koniec historii.

Z blogu myDemokracja_online >>> 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz