Budapeszt to nie las…
O bezwstydnej kradzieży narodowej traumy.
Budapesz, Węgry - obecna baza operacyjna Zbigniewa Ziobry. Pixabay / Domena Publiczna (CC0)
Historia bywa dla polityków wygodnym parawanem, ale rzadko kiedy jest wykorzystywana w sposób tak cyniczny, jak robi to dziś Zbigniew Ziobro. Człowiek, który przez lata budował swój wizerunek jako bezwzględny szeryf, dziś – z bezpiecznej odległości budapeszteńskich kawiarni – próbuje przekonać Polaków, że jest współczesną inkarnacją Żołnierza Wyklętego, a Polska pod rządami obecnej koalicji to powtórka z mroków stanu wojennego. To nie jest zwykła retoryka; to świadome nadużycie, które obraża pamięć tych, na których nazwiska były minister tak chętnie się teraz powołuje. Aby zrozumieć skalę tej manipulacji, musimy odrzeć słowa Ziobry z emocjonalnego lukru i zestawić je z krwawą rzeczywistością lat 80. oraz z suchymi liczbami z raportów NIK i dokumentów śledztw, które on dziś próbuje przykryć biało-czerwoną flagą.
Ziobro mówi o „metodach junty” i „stanie wojennym”, podczas gdy stan wojenny oznaczał całkowite zawieszenie prawnej ochrony obywatela. Kiedy były minister skarży się w porannych wywiadach dla RMF FM na „polityczne prześladowania”, warto przypomnieć mu postać Jacka Jerza, wiceprzewodniczącego radomskiej „Solidarności”. Jerz nie miał szansy na azyl u politycznego sojusznika; po wyniszczającym internowaniu zmarł nagle w 1983 roku, niedługo po okresie brutalnych represji. Prawdziwa junta nie wysyła wezwań na przesłuchania, które można ignorować miesiącami.

Prawdziwa junta wysyłała plutony egzekucyjne, jak te, które 16 grudnia 1981 roku zastrzeliły dziewięciu górników z kopalni „Wujek”. Oni nie walczyli o prawo do unikania pytań o 280 milionów złotych nieprawidłowości wykazanych przez NIK. Walczyli o podstawową godność przeciwko systemowi, który nie uznawał sądów ani procedur, którymi dziś tak sprawnie żongluje obrona Ziobry, odraczając posiedzenia aresztowe z powodu braków w materiałach niejawnych.
Jeszcze bardziej rażące jest szafowanie etosem Żołnierzy Wyklętych. Ziobro sugeruje, że jego ucieczka na Węgry to współczesna forma bycia „niezłomnym”. To porównanie kruszy się w zderzeniu z losem Danuty Siedzikówny „Inki” czy rotmistrza Witolda Pileckiego. „Inka” miała 17 lat, gdy komuniści rozstrzelali ją w piwnicy więzienia, bo odmówiła wydania współtowarzyszy. Jej „azylem” był las, a jedyną gwarancją procesu – pewna śmierć.
Pomnik ku czci Żołnierzy Wyklętych. Fot Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0.
Ziobro natomiast, bohater śledztwa, w którym prokuratura bada mechanizmy działania noszące cechy zorganizowanego systemu nadużyć, wybiera luksusowy wariant emigracji. Budapeszt to nie partyzancka ziemianka, lecz bezpieczna przystań u Viktora Orbána – lidera, który jawnie flirtuje z Moskwą, tą samą, która Żołnierzy Wyklętych mordowała i wywoziła na Sybir. Patriotyzm Ziobry okazuje się zadziwiająco elastyczny, skoro szuka ochrony u „bratanka”, który nie widzi problemu w uściskach dłoni z następcami oprawców Pileckiego.
Kiedy Ziobro mówi o ochronie dla swojej żony, Patrycji Koteckiej, by „dzieci nie straciły matki”, bezcześci pamięć Grzegorza Przemyka. W 1983 roku aparat państwa rzeczywiście zabił maturzystę, by uderzyć w jego matkę, Barbarę Sadowską. To była rzeczywista, sadystyczna zemsta. Dzisiaj żona byłego ministra jest wolną osobą, a jedyne „represje”, jakie jej grożą, to konieczność złożenia zeznań w sprawie mechanizmów, w których **według ustaleń śledczych – politycy Suwerennej Polski mieli otrzymać około 54 milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości na swoje kampanie wyborcze. Nazywanie demokratycznego postępowania karnego „psychopatyczną zemstą” jest próbą zrównania niezależnego sądu z milicjantami, którzy katowali Przemyka na komisariacie przy Jezuickiej.
Cała ta narracja o „wyklęciu” ma przykryć konkretne liczby: blisko 100 milionów złotych przyznanych dla fundacji Profeto na centrum medialne, 25 milionów złotych przeznaczonych na system Pegasus, czy fikcyjne dzierżawy placów budowy. Żołnierze Wyklęti tracili życie za Polskę; Zbigniew Ziobro unika odpowiedzialności za system, w którym pieniądze dla ofiar przestępstw – kobiet, dzieci, rannych w wypadkach – zamieniano na wozy strażackie i sprzęt dla kół gospodyń wiejskich w okręgach wyborczych swoich kolegów. Wykorzystywanie narodowej traumy do budowania linii obrony jest dowodem na to, że dla Ziobry historia nie jest świętością, lecz narzędziem. Już w czwartek, 15 stycznia, polski sąd ma zdecydować o dalszych środkach zapobiegawczych wobec byłego ministra. Jeśli zapadnie decyzja o ENA, dowiemy się, czy „męczennik” potrafi spojrzeć sprawiedliwości w oczy, czy woli dalej chować się za plecami zagranicznego autokraty, udowadniając, że jego „niezłomność” kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się kodeks karny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz