Gdy umawiałem się z redakcją Angory na te felietony, pani redaktor powiedziała, że redakcji zależy na aktualności. Aktualność to jednak nie tylko to co się przed chwilą wydarzyło, ale czasem głównie to, czym ludzie w danym czasie żyją. A w tym czasie, bardziej niż jakimikolwiek pierdołami politycznymi, żyją wakacjami i upałami.
Kiedyś z wakacjami było prościej. Jechało się nad Bałtyk, oblewało się hektolitrami olejku do opalania i smażyło się jak na grillu aż do punktu, w którym nie na miejscu było zadawane przez złośliwych znajomych pytanie „jaką mieliście pogodę”, bo człowiek już wyglądał jak skwarek. Tak zwana transformacja ustrojowa sens tego pytania unicestwiła bez użycia żadnych olejków. Zostało unicestwione przez rozmaitość słonecznych, jak to się teraz mówi, destynacji, od Egiptu po Turcję, od Tunezji po Majorkę i Teneryfę oraz dziesiątki innych miejsc, bo jeździmy teraz wszędzie i polski wszędzie rozbrzmiewa. We wszystkich tych miejscach „pogoda” jest zawsze.
Współczesne wakacje są jednak czasem ciężkiej roboty. Kiedyś, zwykle w ostatnim dniu, ludzie przypominali sobie, że trzeba kupić i wysłać kartki krewnym. Teraz wirtualne kartki ludzie wysyłają praktycznie non stop, bez wytchnienia. Mam wrażenie, że tak jak istnieje straumatyzowany łokieć tenisisty i dotknięty przewiewem zimny łokieć kierowcy, tak istnieje dziś nadwyrężony łokieć celebryty. Ja tych ludzi nawet podziwiam. Gdziekolwiek się nie ruszają wyciągają rękę, by filmować każdy swój ruch i celebrować swoją boskość. Wszystkie te selfie i rolki wymagają profesjonalnego podejścia i nastawienia. Prawdziwy celebryta nie strzela selfie nad Bałtykiem, bo tam wypoczywa lud. Prawdziwe wakacyjne selfie wymaga by w tle były palmy. Koniecznie fotografujemy żarcie, ale tak, żeby nie wyglądało na standardowe all inclusive. Jemy krewetki i ostrygi. Z owoców może być arbuz albo truskawki, ale tylko z szampanem w tle. Dobre jest zdjęcie delfinka, ewentualnie zrobione przez towarzysza podróży zdjęcie, gdy delikwent rozmarzonym wzrokiem spogląda ma zachód słońca. Szczypta romantyzmu musi być. Dobrze jest fotografować jakiś akwen, ale w tle pożądane są luksusowe jachty, żeby było wiadomo, że jak nawet na nich nie pływamy, to o ten wielki świat się ocieramy. Generalnie te wszystkie selfie i rolki to dość bezwstydna orgia samozadowolenia i festiwal sukcesów. Tu nie ma miejsca na zdarzające się nam jednak często w życiu porażki, smutki, rozczarowania, przegrane szanse, stracone złudzenia i zawody. Może więc wakacje bardziej niż odpoczynkiem są desperacką ucieczką od rzeczywistości do krainy ułudy, iluzji, blichtru, picu, udawania i marketingowo opakowanej fantazji. Może jest świadomą manipulacją na potrzeby świata i własne. Plus przekonywaniem siebie, ze życie jest takie jak na tych wszystkich zdjęciach, rolkach i pełnych rozkoszy obrazkach ze sztucznie wykreowanej arkadii beztroski.
Oczywiście wszystkiemu towarzyszy pewna premedytacja. Wakacje to czas tworzenia wizerunku i budowania, jak to się teraz mówi, marki osobistej. Czyli parafrazując dawne powiedzenie „jak cię widzą, tak cię myślą”. W naszej epoce zaś treść jest niczym, forma wszystkim, a opakowanie jest ważniejsze niż zawartość. Jak mówią Amerykanie image is everything and perception is reality., wizerunek jest wszystkim, a percepcja jest rzeczywistością.
Wakacje to jednak nie tylko czas kłopotów i wytężonej pracy, ale też przedsionek zupełnie innych kłopotów. Prawnicy od rozwodów przekonują, że rozwodowy szczyt to w Polsce wrzesień. Wiele par jedzie na wakacje, by oderwani od codzienności, patrząc sobie w oczy, kontemplować własną miłość i piękno otoczenia oraz zachodów słońca, rozczulając się przy okazji nad tym jak w ostatnim roku dzieci podrosły, celebrować życie. Wiele innych przeżywa w tym czasie koszmar. Dzień po dniu jakoś można się przeturlać. Weekendy da się wytrzymać, w czym pomaga świadomość, ze w poniedziałek wrócimy do pracy i odetchniemy z ulgą. Na wakacjach taryfy ulgowej jednak nie ma. Jesteśmy z drugą osobą non stop wiele dni. Zagryzać zęby można dzień, dwa lub trzy. W końcu wytrzymałość się jednak wyczerpuje, maski opadają i ludzi dopada zimna konstatacja, że naprawdę ciężko im ze sobą wytrzymać, że naprawdę mają sobie już niewiele do powiedzenia i że może naprawdę lepiej skrócić swoje cierpienia, zanim za rok przyjdzie przeżyć powtórkę z koszmaru. Pierwsze kroki po powrocie z wakacji wielu kieruje więc prosto do adwokatki czy adwokata. I nie byłoby tego wszystkiego, gdyby pod presją tradycji i otoczenia nie musieli zamęczać się wspólnym wysiłkiem. Wszystko to oczywiście jest wyłącznie przystankiem na drodze do nowych kłopotów, bo za rok na wakacje znowu pojechać trzeba, a do tego trzeba się jeszcze podzielić dziećmi. Finał koszmaru jest więc zaproszeniem do koszmaru o wiele większego.
Zwykliśmy uważać, ze problemy lata, to głównie globalne ocieplenie i diabelne upały. Problem z latem jest jednak zupełnie inny. W pełnym słońcu lepiej widać kim jesteśmy oraz w którym punkcie życia jesteśmy. W tym sensie „miłych wakacji” może być uznawane za formę złośliwości. Bo nie jest sztuką dobrze wyjechać na wakacje. Sztuką jest z nich wrócić w zdrowiu, małżeństwie i w pełni władz umysłowych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz