Tomasz Lis – SUMA POLSKICH STRACHÓW, 16.08.2026

 

Czasem także okoliczności imponujących zwycięstw mogą być źródłem bardzo długotrwałej traumy. Tzw. „cud nad Wisłą” to tego doskonały przykład. W polskim DNA ten wielki tryumf zapisał na stałe nieprzemijające przekonanie o śmiertelnym zagrożeniu ze wschodu, konkretnie z Moskwy.
Piszę o tzw. „cudzie”, bo wiadomo, że pojęcie to wymyśliła endecja by osłabić wrażenie tryumfu znienawidzonego przez nich Piłsudskiego. Nazwa się przyjęła, bo narodowi nie gryzły się przywództwo marszałka, chwała Wojska Polskiego i chwalebna interwencja Matki Bożej. Wręcz przeciwnie. Oczywiście pojawia się pytanie dlaczego Matka Boża nie interweniowała na naszą rzecz w roku 1939 i 1945, ale może po prostu istnieje limit jej interwencji w jednostce czasu typu stulecie. Pozostaje faktem, że gdy w drugiej połowie sierpnia 1980 roku Polska zobaczyła znaczek z Matką Bożą w kłapie przewodniczącego Lecha Wałęsy (oraz jego samego), to nikt nie widział w tym nic niestosownego.

W sierpniu 1980 i przez kolejnych 16 miesięcy Solidarności powszechnie pytano „czy Ruscy wejdą czy nie wejdą”, choć już tu byli, a po czerwcu 1989 ponownie, czy nie zablokują demokratycznych przemian w Polsce. Strach przed Ruskami miał oczywiście racjonalne podstawy. W obliczu wojny w Ukrainie ma je oczywiście i dziś. Trudno więc zrozumieć dlaczego kilka naszych prawicowych partii konsekwentnie prowadzi politykę jakby wymyśloną w Moskwie, a to torpedując program Safe, a to sącząc antyukraińską propagandę.

Większości pompowanych przez naszą prawicę strachów nie podzielam zupełnie.
Zupełnie się na przykład nie boję Ukraińców.
Oczywiście po ewentualnym wejściu do UE będą dla nas konkurencją, ale nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy się jej bać i jej nie sprostać. W mieszkających w Polsce Ukraińcach też widzę głównie zastrzyk dla naszego rynku pracy i swoistą rezerwę demograficzną.

Niemców też nie boję się w ogóle. Widzę w nich, niezależnie od naszych traum i blizn, o których zapominać nie można, głównie dobrego sąsiada oraz ważnego sojusznika i partnera. Pochodzę z Zielonej Góry czyli z odebranej Niemcom po wojnie Ziemi Lubuskiej. Rodzina mojej mamy przyjechała na tzw. ziemie odzyskane w bydlęcych wagonach z Wileńszczyzny. Już w Zielonej Górze mieszkała w mieszaniu w starej poniemieckiej kamienicy, ale nigdy nie bała się, że przyjdzie Niemiec po swoje. Jeździliśmy na zakupy do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów NRD i też nie widzieliśmy żadnych wilkołaków, przecież nie tylko dlatego, że komunistyczna propaganda podpowiadała, że nasi socjalistyczni Niemcy z NRD, w przeciwieństwie do tych zachodnich, są ok.

Nie boję się też żadnych gejów i lesbijek ani związków partnerskich. Jeśli coś grozi polskiej rodzinie i małżeństwu, to nie przede wszystkim oni i one.
Nie boję się też gwałtownej ateizacji Polski i Polaków, nawet jeśli część biskupów i księży bardzo na nią pracuje. Katolicyzm jest głęboko zakorzenioną, jedyną powszechnie zaakceptowaną formą kulturową w Polsce i nie sądzę by kiedykolwiek ktokolwiek to zmienił. Nie znaczy to oczywiście, że nie widzę w istocie irytujących regularnych kpin z wierzących i praktykujących. Nasi postępowcy traktują praktykujących jako osobników niepełnosprawnych psychicznie, a przynajmniej intelektualnie. Uczestników mszy jak biorących udział w gusłach lub seansach spirytystycznych, uczestników procesji w Boże Ciało jak półgłówków nie wiedzących jak spędzać wolny weekend, a uczestników pieszych pielgrzymek do Częstochowy jako wcale nie pochowanych popaprańców. Denerwuje mnie to nie tylko dlatego, że szedłem w pielgrzymce (całą trasę!), było to dla mnie wspaniałe religijne i obywatelskie przeżycie (w połowie lat 80-tych była to jak maszerująca wolna Polska w czasie gdy także wolność była towarem bardzo deficytowym). Kto o 4.30-5.00, jeszcze przed świtem, nie śpiewał Godzinek i „Kiedy ranne wstają zorze”, naprawdę wiele stracił. Ale powtarzam, katolicy w Polsce nie są gatunkiem zagrożonym.
Co nie zmienia faktu, że mają prawo się bać i prostackiego antyklerykalizmu i gwałtownej rewolucji kulturowej. W takiej Ameryce doskonała biała koszykarka ligi WNBA stała się ofiarą nagonki, bo miała czelność powiedzieć, że sport kobiet powinien być jednak dla kobiet, a nie dla facetów o wzroście 2.20 i barach 1.50 metra. Zarzucono jej transfobię, tak jak krytykom masowej imigracji zarzuca się islamofobię. Takie oskarżenia to niestety stały repertuar lewicy wobec tych, którzy nie lubią obyczajowych ekscesów i szaleństw politycznej popularności.
Nie wszystkie strachy konserwatystów są więc od czapy. Podobnie jak nie wszystkie strachy polskich demokratów. Nie ukrywam, że boję się nacjonalistycznej, faszyzującej, ksenofobicznej, antysemickiej oraz antyukraińskiej Polski, bo byłaby ona jak splunięcie na groby polskich bohaterów i wyrzucenie do śmietnika spisanego ich krwią testamentu jaki nam zostawili.

Nie ma wiec co polskich strachów in gremio bagatelizować i lekceważyć. Nie należy im też jednak ulegać. Jak powiedział prezydent Roosevelt, nie mamy się czego bać poza strachem.

Felieton Tomasza Lisa >>>


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz