Tomasz Lis – SAMOBÓJSTWO PO POLSKU, 06.09.2026

 

Czasem mam wrażenie, że ulubioną maksymą Polaków mogłaby być dewiza angielskiej drużyny piłkarskiej Everton; „Nie zadowoli nas nawet zwycięstwo”. Ale u nas byłaby ona w wersji totalnie rozszerzonej: Zwycięstwo nie tylko nas nie zadowoli, ale go nie zaakceptujemy. Więcej, zrobimy wszystko żeby je zaprzepaścić, a jego skutki rozpieprzyć. Tacy ambitni i nieustępliwi jesteśmy.

Wśród naszych wielu narodowych wad (kolekcja jest bogata), szczególnie groźne są awersja do normalności i samobójczy pseudoidealizm. Rozpieprzmy co się da skoro nie jest idealne. Skoro samochód nie jest idealny, to wjedźmy nim w ścianę. Skoro w domu są usterki, to zaprośmy do niego złodziei. Skoro ubranie jest pogniecione, to je podrzyjmy. To jest po prostu katastrofalny, autodestrukcyjny infantylizm.

Gdy niemal cały świat zachwyca się gigantycznym sukcesem Polski i Polaków,
Polacy pozostają malkontentami i tkwią w kuriozalnym stanie niezadowolenia. To źle, tamto niedoskonale. Wszystko nie tak. Mądre polskie przysłowie (nie wszystkie są mądre, na przykład to, że w kazdej plotce jest ziarnko prawdy, jest głupie, często w plotce nie ma nawet grama prawdy), głosi „lepsze jest wrogiem dobrego”. Oczywiście, wszystko na tym świecie jest niedoskonałe, wszystko należy ulepszać i poprawiać, ale to nie znaczy niszczyć i wyrzucać do śmietnika. A dokładnie do tego często nasz instynkt nas skłania.

Ja się nawet nie dziwię. To w końcu logiczne. Normalność przez kilka stuleci była w Polsce towarem wybitnie deficytowym. Jak nie rozbiory to powstania, jak nie Sybiry to Cytadele, jak nie wojny to okupacje, jak nie nazizmy to komunizmy. W sumie trudno się dziwić, że dla nas normalność to tylko przerwa i antrakt. Stąd nasze poczucie, że za progiem czy zakrętem czai się kolejna katastrofa czy czyhająca na nas następna hekatomba. Jak zaakceptować normalność, gdy przez wieki była nienormalność? W sumie zrozumiałe. W efekcie cierpimy na, parafrazując tytuł cudownej powieści Milana Kundery- „nieznośny ciężar normalności”.  Przez stulecia polskość polegała na znoszeniu nieszczęść i cierpienia, bólu i traumy. Stąd pewnie taki nasz kłopot, gdy znieść trzeba to, że jest normalnie i spokojnie, że karta nam idzie cudownie i pasje mamy tak doskonałą, że cały niemal świat nam zazdrości i nas podziwia.

Za rok mamy kolejne wybory. I już niemal dziś niemal wszyscy zgadzają się, że znowu będą to wybory o wszystko. W normalnym kraju wybory nie są o wszystko, są raczej o sympatie i o ewentualną korektę kursu. U nas niemal zawsze wybory mają charakter egzystencjalny: wszystko albo nic, życie albo śmierć, nadzieja lub otchłań.

Piszę ten tekst, bo w ostatnim czasie ponownie rejestruję u moich kochanych rodaków niezgodę na normalność i gotowość popełnienia narodowego seppuku. Kiedyś popełnialiśmy samobójstwa z rozpaczy, teraz z normalności i niezgody na nią.

I znowu, jak w 2014 roku, gen samozagłady ujawnia się rok przed wyborami. Wtedy autostrady, lotniska i wzrost gospodarczy, zostały w kilka chwil unieważnione przez lunche w restauracji Sowa i przyjaciele oraz ośmiorniczki. Oburzeni ośmiorniczkami Polacy heroicznie oddali władzę i powierzyli swój los ośmiornicy. Koncertowy strzał samobójczy. Nie do obrony, w samo okienko.

Co w tym wszystkim intrygujące, to perwersyjna synergia między elitą a ludem. Elita zaczyna gęgać, narzekać i pomstować, że Tusk, Giertych czy Berek, a lud dzielnie podąża wyznaczonym przez elitę kursem.
Właściwie to spełnienie marzenia wieszcza Krasińskiego: „jeden tylko, jeden cud, z polską szlachtą polski lud”. Ale samobójcza synergia nie jest oczywiście niczym dobrym. Elita narzeka, a lud ochoczo popełnia w wyborach samobójstwo.

Ostatnio obchodziliśmy rocznicę Porozumień Gdańskich z 1980 roku. To był
podwójny polski cud. Naród dogadał się z autorytarną władzą, a, co może ważniejsze, lud dogadał się z elitą i inteligencją. Gdy wcześniej było inaczej, co doskonale pokazał w ” Człowieku z żelaza” Andrzej Wajda, albo, jak w 1968 roku, protestowali studenci, a robotnicy ich olali, albo jak w 1970 roku, wystąpili robotnicy, a studenci odpowiedzieli „a teraz się walcie”. Dopiero gdy dekadę później poszli razem, wspólnie dokonali cudu, bo tamten Sierpień był cudem absolutnym.

Ale cud nie jest normą. W naszej demokracji naród niezmiennie wraca do myśli czy może jednak nie oddać władzy szaleńcom, złodziejom i kłamcom z (tu szanowny czytelnik wpisze sobie nazwę nielubianej przez siebie partii).

Gdy lud i elita idą razem nie istnieje siła, która mogłaby Polaków zatrzymać. Gdy ulegają zgubnym, samobójczym instynktom, nie bardzo istnieje siła, która nieszczęściu może zapobiec. Niestety elita i lud znowu zdają się wykazywać podobną głuchotą i niezdolnością usłyszenia „terrain ahead”, „pull up”.

Przyszłoroczne wybory znowu zamiast być decyzją o korekcie kursu, będą meczem o wszystko. Starzeję się niestety i te polskie mecze o wszystko coraz gorzej znoszę.

Felieton Tomasza Lisa >>>


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz