Komunistyczny prezent Chin Czou Enlaj zapytany w latach 60-tych o jego zdanie na temat rewolucji francuskiej odpowiedział, że jest za wcześnie na zbyt pochopne oceny. Potem okazało się, że pytanie dotyczyło rewolty studenckiej z 1968, ale jak przyznał tłumacz, zdanie brzmiało zbyt smakowicie, by pomyłkę prostować.
To zdanie uznano więc za ilustrację konfucjańsko- chińskiego stosunku do czasu. My oczywiście stosunek do czasu mamy inny i wolimy komentować wydarzenia tuż po nich lub długo przed ich finałem. Pozwala mi to już teraz postawić tezę, że proces Karol Nawrocki kontra dziennikarze Onetu będzie miał dalekosiężne skutki dla prezydenta, dziennikarzy i relacji między światem polityki a mediami.
W kwestii procesu mam ochotę przytoczyć angielsko- amerykańskie powiedzonko „I don’t have a horse in this race”, czyli, że w tym wyścigu/ pojedynku nikomu nie kibicuję.
Wiem, że tę deklarację wielu potraktuje sceptycznie, pracowałem przecież lata z kolegami z Onetu w jednej firmie. Jeśli jednak miałbym im kibicować, to raczej nie przez ten fakt, ale mimo niego. Poza tym nie jest tak, że z założenia staję po stronie dziennikarzy. Nawet wręcz przeciwnie.
Wbrew opinii ogromnej większości środowiska przez lata występowałem przeciw postulatowi wyrzucenia z kodeksu karnego artykułu 212 , umożliwiającego skazywanie za zniesławienie czy pomówienie. Wiem, że gazetą można zabić nie tylko muchę, ale i człowieka, niszcząc mu jednym tekstem życie dla zemsty, sławy czy klików. Zbyt często byłem świadkiem (a raz ofiarą) takiej zbrodni, by uznawać, że powinna ona być bezkarna.
O środowisku medialnym w Polsce też mam zdanie wybitnie krytyczne, co w jednym z tekstów w Angorze jasno i dobitnie wyłożyłem. Chwała redakcji, że nie tylko tekst opublikowała, ale nie próbowała mnie nawet nakłonić do złagodzenia pewnych sformułowań.
W wyścigu dziennikarze Onetu- Nawrocki nikomu więc nie kibicuję, ale mam w nim swojego faworyta. Był czas, kiedy z Andrzejem Stankiewiczem wiele mnie różniło i byłem na niego zły, że występował jako gość w TVP Info już w epoce Kurskiego gdy wiadomo było czym tamta władza i tamta telewizja była. Stankiewicz po prostu, tak sądzę, długo żegnał się ze złudzeniami. Ja się z nimi nawet nie mogłem żegnać, bo nigdy ich w tej sprawie nie miałem. Ot, różnica wrażliwości i zdań, nic więcej. Nie ma też żadnego znaczenia, że gdy wylądowałem w Newsweeku z całą moją ekipą z Wprost i przez emisariuszy zaproponowałem Andrzejowi, by został w redakcji, on postanowił odejść. Jego prawo, no problem.
Przez te wszystkie lata nie zdarzyło się jednak nic co moje przekonanie o rzetelności Stankiewicza (jego kolegów też) podważyło. To zbyt inteligentny człowiek, by nie wiedzieć, że publikacja kilka miesięcy przed wyborami tekstu, z którego wynika, że Nawrocki był gangusem i sutenerem, może zdecydować nie tylko o reputacji kandydata (lub w przyszłości prezydenta), ale i autorów. Nie pozwoliliby więc sobie na publikację tekstu nierzetelnego i informacji niesprawdzonych. Co to to nie.
W kampanii Nawrocki i jego sztab podjęli oczywiście racjonalną decyzję, by Onetu w trybie wyborczym nie pozywać. Ryzyko, że za 24 godziny cała Polska usłyszy, że zgodnie z wyrokiem sądu kandydat PiS w przeszłości podstawiał panienki gościom sopockiego Grand Hotelu było zbyt wielkie. Logiczniej było zagrać na czas. Po drodze będą wybory, procesy są w Polsce długie, może sprawą przyschnie albo zamiecie się ją pod dywan. Dobrze kombinowali. Termin procesu jednak nadszedł, a moment werdyktu nie jest daleki.
Starcia między prezydentami a mediami nie są czymś nadzwyczajnym. Prezydent Nixon organicznie nienawidził dzienników Washington Post oraz New York Times i próbował je po krytycznych publikacjach na jego temat spacyfikować. Trump walczy z mediami zupełnie otwarcie. Ktoś kiedyś powiedział, że polityk, który idzie na wojnę z mediami jest idiotą, bo musi przegrać, ale wielu wciąż próbuje.
Ktoś powie, że w podzielonej politycznie Polsce wyrok będzie bez znaczenia. Ci, którzy Nawrockiego nie lubią i nie szanują utwierdzą się w swym zdaniu, a ci, którzy go popierają opinii zapewne nie zmienią.
Ale tak jak na pozycję Dudy miał wpływ wyrok sądu uznający, że można go nazywać debilem, tak na pozycję Nawrockiego miałby wpływ wyrok czyniący go certyfikowanym sutenerem.
Karol Nawrocki dla budowy autorytetu prezydentury w Polsce nie zrobił jeszcze nikt, a teraz może jeszcze roztrwonić część kapitału zgromadzonego przez poprzedników z kretesem przegrywając prestiżowy proces.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz